Jak podzielić dobra wytwarzane przez społeczeństwo? Jak zapewnić, by każdy miał dostęp do podstawowych praw? I właściwie… czemu miałby mieć? Jak przyjrzymy się bliżej, problemy relacji pracodawców i pracowników mają wiele wspólnego z tym, czym przez wieki zajmowali się filozofowie polityki, m.in John Rawls specjalizujący się w teorii sprawiedliwości społecznej.

 

Z ideami sprawiedliwości zazwyczaj tak jest, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ludzie biedni, którym się nie powodzi z pewnością łatwiej znajdą argumenty za wysokimi podatkami i redystrybucją. Z kolei bogaci dla odmiany chętniej będą zwolennikami “wolnej amerykanki” – no bo przecież “życie bywa niesprawiedliwe, nic z tym nie zrobimy”. Czy można jakoś uniknąć tej względności stanowisk i sprawić, by sprawiedliwość była naprawdę ślepa?

 

John Rawls istoty sprawiedliwości upatrywał właśnie w tym, że musi być zdefiniowana z całkowicie neutralnej perspektywy. Odpowiedni system można stworzyć tylko jeżeli założy się na oczy hipotetyczną “zasłonę niewiedzy”.

 

Planując jakiekolwiek reguły w społeczeństwie musimy założyć, że nie wiemy jaką rolę w nim pełnimy. Tak jakbyśmy mieli urodzić się na nowo, nieświadomi tego w jakiej rodzinie to nastąpi: czy będziemy miliarderami czy robotnikami. Tak samo w firmie dobrze pomyślane zasady powinny być pisane przez kogoś kto na chwilę “zapomni” o tym na jakim stanowisku pracuje. Musi założyć takie reguły, z których byłby zadowolony zarówno jako CEO jak i w roli młodszego sprzedawcy.

 

Zdaniem amerykańskiego filozofa “zasłona niewiedzy” musi obejmować kompleksowe właściwości człowieka: zarówno pochodzenie, status majątkowy jak i osobiste predyspozycje.

 

Rawls uważał, że nikt specjalnie nie zasłużył sobie na posiadanie przyrodzonych talentów, więc dobry system nie powinien takich ludzi uprzywilejowywać. Tak samo w dobrze zarządzanej korporacji trzeba zrobić taki system organizacji pracy, możliwości awansu i wynagradzania pracowników by wszyscy mieli równe szanse. Oczywiście, przyjęcie zasady “zasłony niewiedzy” oznacza, że generalnie będziemy patrzeć na świat przez pryzmat tych najsłabszych. Nie oznacza to jednak, że Rawls proponował jakieś formy komunizmu, gdzie każdy dostaje tyle samo.

 

Zdaniem Amerykanina nierówności są jak najbardziej dopuszczalne, o ile służą tym najgorzej usytuowanym. Rawlsowi nie chodziło o to, by zapewnić każdemu szczęśliwe życie, lecz by każdy miał równe szanse w wyścigu o jego zdobycie. 

 

Trudno jest się zmotywować do pracy, gdy ewentualny awans nic nam nie da, bo wszyscy zarabiają tyle samo… Filozof akceptował wolny rynek i konkurencję, zakładał jednak, że państwo powinno ograniczać zbyt duże dysproporcje. To trochę jak w korporacji: nie chodzi o to, by po równo nagradzać nowych i doświadczonych pracowników, lecz o to, by ci nowi mieli takie same szanse dalszego rozwoju. Zbyt duże skupienie zarządu na tych z dłuższym stażem pracy i pełniących bardziej odpowiedzialne funkcje może sprawić, że powstanie szklany sufit, którego nikt nowy nie będzie w stanie przebić. 

 

Sprawiedliwy system nie jest jednak według Rawlsa jedynie pobożnym życzeniem wrażliwych pięknoduchów. Jako zbieżny z ludzką psychiką ma gwarantować spokój, stabilność i akceptację przez wszystkich.

 

Dobrze zorganizowany system podziału dóbr jest nie tylko słuszny, ale też praktyczny. Pracownicy, którzy wiedzą, że dochody i rozwój firmy mają wpływ na ich osobiste kariery będą czuli się z nią bardziej związani. W społeczeństwie sprawiedliwe zasady mają gwarantować brak rozruchów i poparcia dla populistów. Oczywiście w żadnej firmie nie wybuchnie rewolucja przeciwko uprzywilejowanym członkom zarządu. Jednak marna to pociecha – na dłuższą metę i zarząd poniesie konsekwencje niesprawiedliwego traktowania szeregowych pracowników, bo nigdy nie odniosła długoterminowego sukcesu firma, w której praca przypomina obóz niewolników.